Lofoty – fotograficzny raj?

Plecaki Gitzo Adventury 30L i 45L
21 marca 2019
You Shall Not Pass
You Shall Not Pass
Canon EOS 5D Mark IV, 30 sek., f/11, ISO 50, 35 mm, filtr polaryzacyjny, filtr szary gradacyjny ND 0,9 soft, filtr ND1000, statyw.
Uwaga na wstępie

Poniższy tekst pojawił się pierwotnie na polskiej stronie marki Gitzo. Ponieważ Gitzo globalnie zmienił layout swojej strony, zniknął również artykuł. Dlatego postanowiłem zamieścić go ponownie tutaj, na blogu. Ale nie martwcie się, tekst zredagowałem na nowo i pojawia się w nieco zmienionej i przede wszystkim poszerzonej względem oryginału formie. Zatem miłej lektury!

 

Pisałem i mówiłem już o Islandii, Svalbardzie, ale jakoś nigdy nie zająłem się Lofotami. Tymczasem jest to dla mnie miejsce, które bardzo wysoko sobie cenię – nie tylko fotograficznie. Wielu z Was wie, że byłem tam już kilkukrotnie. I wciąż nie mam dosyć, pewnie dotrę w te rejony jeszcze nie raz. Ta moja lofocka fascynacja powoduje, że często jestem pytany w jaki sposób tam dojechać, jak się przygotować, wreszcie czy organizuję warsztaty – „a może można tam zabrać się z Tobą?”. Ostatnio Lofoty odwiedziłem w marcu bieżącego roku. I myślę, że to wspaniała okazja, aby na przykładzie tego wyjazdu odpowiedzieć na przynajmniej część z powyższych pytań.

Lofoty

Lofoty to archipelag wysp leżący na Morzu Norweskim około 300 km za kołem polarnym, należący do Norwegii. Nie jest celem artykułu geograficzny opis tego miejsca. Nie będę też się tu skupiał na opisywaniu tras i punktów turystycznych rejonu. Tych, którzy jednak są ciekawi takich szczegółów od razu odsyłam do wyczerpującego ten temat artykułu Karola Nienartowicza.

To, że Lofoty są miejscem dla fotografa krajobrazu doskonałym, raczej nie trzeba nikogo przekonywać. Nieustająco zalewani jesteśmy lepszymi lub gorszymi zdjęciami z tamtych rejonów. Nie mówię, że to źle. Każdy, szczególnie jadąc tam po raz pierwszy, chce zobaczyć i przywieźć ze sobą ikoniczne kadry. Mnie za pierwszym razem również nie ominęła ta fascynacja i potrzeba. Niektórym to w zupełności wystarcza, „zaliczają” Lofoty i planują kolejne fotograficzno-turystyczne destynacje. Ja chcę więcej. I o tym będzie ten artykuł.

 
Hamnoy Battle
Hamnoy Battle
Fujifilm GFX50R, 50 sek., f/9, ISO 50, 23 mm, filtr polaryzacyjny, filtr Lee Little Stopper, statyw.
Sprawy przyziemne

Planowanie wyjazdu z mojej perspektywy sprowadza się do trzech rzeczy – wybraniu kierunku, zabudżetowania wyjazdu, zaplanowania co chce się zobaczyć/sfotografować. Te trzy punkty trzeba rozbić na wiele mniejszych. Pierwszy z nich pominę – wiadomo! – jedziemy na Lofoty. Kolejnymi należy zająć się nieco bardziej szczegółowo.

 
Nasz środek lokomocji. Fot. Rafał Niziołek
Budżet na wyprawę

Ten istotny parametr zależy od wielu zmiennych. Bardzo wielu. Zacznijmy od tego, że Norwegia to naprawdę drogi kraj. O ile latem można założyć spanie w namiocie czy kamperze, to zimą, a na tym się tu skupimy, trzeba mieć dach nad głową. Nocleg na Lofotach jest drogi. Co więcej, raczej nie wyobrażam sobie podróżowania tam bez wynajętego auta, co jeszcze podraża koszty ekspedycji. Gdybym dysponował nieograniczonym czasem i sporą gotówką, pewnie chciałbym pojechać na wyspy samotnie. Uważam, że tylko wtedy w pełni można poczuć naturę i magię miejsca. Piszę to, mimo że jestem osobą towarzyską i lubię przebywać wśród ludzi. Taki detoks od wszystkiego wydaje się być korzystny dla zdjęć (i dla głowy). Szczególnie tych z dalekiej Północy. Może kiedyś się uda. Tymczasem jednak wróćmy na ziemię. Zaznaczę w tym miejscu, że nie zaglądam nikomu do kieszeni. Niech każdy organizuje swoje wyprawy jak chce i za ile chce. Tu opisuję tylko moje doświadczenia – może się Wam przydadzą. Zakładam, że osoby, które czytają ten tekst są świadome, gdzie jadą i co chcą zobaczyć. Uważam również, że zdecydowanie lepiej zaplanować jedną drogą wyprawę w roku, ale za to w 100% wykorzystać dany czas. Czy zdecydujecie się pojechać na zorganizowane warsztaty czy pojedziecie indywidualnie, wszelkie decyzje dotyczące wyjazdu zaplanujcie na długo przed wyjazdem.

 
Szukanie kadru. Fot. Rafał Niziołek
Lofoten backstage
Udało się też kilka razy wzbić w powietrze dronem. Choć z duszą na ramieniu. Fot. Rafał Niziołek
Warsztaty zorganizowane

Byłem uczestnikiem płatnych warsztatów i sam takie warsztaty organizowałem. Jeżeli jedziecie na Lofoty po raz pierwszy, zapewne bezpieczniej jest skorzystać z oferty warsztatowej. W teorii powinniście dostać:

  • merytoryczną opiekę doświadczonego fotografa, który pomoże nieco mniej doświadczonym wykonać dobre zdjęcia,
  • w pakiecie dostaniecie wszystkie lub większość miejscówek typu must see,
  • pomoc w kupnie biletów samolotowych, wynajmie auta, itp.,
  • noclegi również nie powinny być Waszym zmartwieniem.
 
Warsztaty zorganizowane. Na zdjęciu moja grupa warsztatowa podczas pleneru na Morawach, które prowadziłem z Marcinem Pietraszko.
 

Tu mała dygresja. Warsztaty powinny mieć rozpisany plan dzień po dniu. Nie zakładajcie jednak, że ten plan będzie zrealizowany w 100%. Pogoda na Lofotach potrafi być tak zmienna, że może się zdarzyć, że wykonanie planu w ogóle nie będzie możliwe. Przykład? Proszę bardzo. Każdy kto jedzie za koło polarne w miesiącach zimowych oczekuje, że zobaczy (i sfotografuje) zorzę. Niestety, to nie zawsze się udaje. Na ostatnim marcowym wyjeździe, mimo, że wskaźniki KP były bardzo wysokie, pokrywa chmur nie pozwoliła jej zobaczyć. Cóż, bywa. I trzeba się z tym liczyć.

Przy rozglądaniu się za zorganizowanymi warsztatami polecam również rozważyć wybór takich, gdzie prowadzących mamy co najmniej dwóch. To są wyjazdy ze zrozumiałych względów droższe. Ale zakładam, że średnio wyprawa trwa ok. 7 dni – to wg mnie najkrótszy sensowny czas pobytu. Przez cały ten okres jesteśmy w ruchu, zmieniamy lokalizacje, polujemy na świty, na zachody, w nocy czekamy na zorzę. W międzyczasie omawiamy wykonane już zdjęcia. Zapewniam, że w trzecim dniu trwania warsztatów prowadzący przestaje kontaktować. Pomyślcie – na głowie jednej osoby jest cała logistyka wyjazdu, integrowanie grupy, wyszukiwanie miejscówek, reagowanie na zmieniające się warunki, omawianie zdjęć w terenie i poza nim. Czasami rozstrzyganie sporów i konfliktów (tak, te też się czasem zdarzają!). Ufff – ja już się zmęczyłem. Widzicie teraz, dlaczego zdecydowanie optuję za większą grupą sprawdzonych organizatorów. To po prostu jest dobre i dla Was i dla prowadzących. Organizowanie wszystkiego po taniości w mojej opinii prędzej czy później się zemści, a na pewno odbije na jakości materiału jaki ze sobą przywieziecie.

Wyprawa na własną rękę

Tu dochodzimy do zorganizowania wyjazdu własnymi siłami. I znów nie chcę oceniać, czy to jest lepsze czy gorsze rozwiązanie. To, że ja takie preferuję, wcale nie oznacza, że Wy również. Dla osób bez doświadczenia i wprawy, pierwszy duży wyjazd zdecydowanie sugerowałbym odbyć pod czyimś czujnym okiem.

Ale dla mnie organizowanie wyjazdu samodzielnie ma w zasadzie same plusy. W przypadku Lofotów, podobnie jak i Islandii zaczynam od zebrania grupy znajomych, którzy lubią spędzać czas podobnie jak ja. Co to znaczy? Po pierwsze rzeczywiście lubię znać osoby, z którymi spędzę te kilka dni w nie najłatwiejszych przecież warunkach. Ale to nie jedyne kryterium. Uważam, że grupa powinna być na podobnym poziomie fotograficznym. Nie chodzi tutaj o wyjazd mistrzów fotografii, ale o panowanie nad sprzętem, którym się dysponuje.

 
Lofoten backstage-7
Dobra ekipa zawsze w cenie! Pozdrowienia Panowie ;) Fot. Rafał Niziołek
 

W mojej ocenie bardzo istotne jest też przygotowanie kondycyjne. Jeżeli zamierzamy po prostu jeździć samochodem z punktu do punktu, pewnie ten ostatni parametr nie jest aż tak istotny. Gdy jednak planujemy coś więcej – wyjść w góry, zmierzyć się z huraganowym wiatrem, głębokim śniegiem czy terenem lawiniastym – wystarczy jeden uczestnik, który utrudni albo wręcz zaprzepaści cały wysiłek. Bywa, że maszerujemy kilka godzin do punktu docelowego, w którym zaplanowaliśmy wschód lub zachód słońca. W lutym na Lofotach dzień trwa ok. 6 godzin. Warto nie dojść za późno, aby nie wrócić z pustymi rękami i nie stracić całego cennego dnia naszej wyprawy. Dlatego tak ważny jest dobór zespołu. Przecież nie zostawicie kolegi, który nie daje rady w śniegu i zimnie samego!

 
Za moment rozpocznie się burza śnieżna.
 

Nasza ekipa liczy zwykle 4 osoby, lub ich krotność. Wynika to z ilości miejsc w samochodzie. Podróżując we czwórkę, mamy niezły komfort podróżowania i wystarczająco dużo miejsca, żeby pomieścić wszystkie bagaże. Te 4 osoby to także świetna liczba przy rezerwowaniu noclegu. Koszty wynajmu auta i miejsc noclegowych rozkładają się na wszystkich uczestników. Nie są one pomijalne.

Na koniec rozdziału o budżecie dodam jeszcze, że jeżeli jedziecie w te rejony po raz pierwszy, niebagatelną rzeczą jest przemyślenie i skompletowanie ekwipunku. Zwykle gorączkowo dobieramy sprzęt fotograficzny. I słusznie! Aparat fotograficzny o dużej dynamice tonalnej, obiektywy: szerokokątny z zakresu 14-24 mm i długoogniskowy 70-200, stabilny (czytaj: drogi i ciężki) statyw (w moim przypadku doskonały Gitzo Systematic GT3543LS), filtry: polaryzacyjny, szare pełne i połówki, karty pamięci, wężyk spustowy. To oczywiście bardzo ważne. Ale nie zapominajmy o sprzęcie turystycznym! I nie piszę tu o ekstremalnych przygodach! Dobre ubranie, tzn. wiatroszczelne, nieprzemakalne spodnie i kurtki, kurtka puchowa, okulary przeciwsłoneczne, dwie pary rękawiczek, bielizna termiczna, dobry, długo trzymający ciepło termos, kije trekkingowe i raki (lub raczki). Do tego prowiant w postaci czekolady, batonów energetycznych, itp. To są rzeczy, które za każdym razem były przydatne na Lofotach. A wszystkie często kosztują niemałe pieniądze. Skompletowanie ekwipunku w ostatnim momencie może skończyć się katastrofą finansową. Lub cierpieniem w terenie w razie jakiegoś braku.

Planowanie wyprawy

Oczywiście sprawy finansowe opisane powyżej są nierozdzielnie związane z planowaniem. Wiemy już, że jedziemy, ogarnęliśmy sprzęt, spanie i auto. Bilety lotnicze kupione – pamiętajcie im wcześniej tym taniej. A plan wycieczki? To oczywiście sprawa indywidualna. Jak już wspominałem, można ograniczyć się do odwiedzenia miejsc ikonicznych… i na tym poprzestać. Wydaje mi się jednak, że trzeba być bardziej ambitnym. Mimo, że Lofoty są już mocno obfotografowane, to wciąż mają ogromny potencjał do odkrywania nowych kadrów. Wystarczy zejść z utartych ścieżek, zagłębić się w teren, eksplorować. Nowe ciekawe kadry mają szansę powstać tylko w ten sposób. Pamiętajcie jednak – teren bywa trudny. Ubezpieczenie to nie fanaberia, tylko obowiązek! Trasy, które na mapie wyglądają na szybkie, łatwe i krótkie, w zimie mogą okazać się trudne, zdradliwe i czasochłonne. A to oznacza konieczność przygotowania się również na niepowodzenie. Wierzcie mi, niejednokrotnie musieliśmy zawracać na kilkadziesiąt metrów przed szczytem. Po prostu bez lin i sprzętu wspinaczkowego, dojście do wyznaczonego celu było zbyt niebezpieczne. Zakładam, że wszyscy mamy rodziny i nawet najlepszy kadr nie jest wart życia. Choć żal i niedosyt są ogromne. Ale taka właśnie jest fotografia krajobrazowa.

 
Ach te lofockie widoki!
Zachód zapowiadał się spektakularnie... ale nie udało się osiągnąć zamierzonego celu. Fot. Rafał Niziołek
Marzec 2019

W zasadzie to w tym miejscu zaczyna się główna część tego artykułu. Bo tu dopiero poczytacie o naszej wyprawie marcowej. Więc jeżeli dotarliście aż tu – dzięki za cierpliwość. Widocznie powstał całkiem interesujący tekst. Zaczynamy!

Nasza wyprawa na Lofoty była ciekawa z wielu względów. Przede wszystkim była to podróż, z którą wiązałem ogromne nadzieje. Jak już wiecie, to był już mój n-ty raz na Lofotach, więc nie towarzyszyło mi uczucie niepewności. Mogę powiedzieć, że mam już pewne doświadczenie i wiedzę czego mogę spodziewać się na Lofotach, co może mnie zaskoczyć i czego mogę oczekiwać. Liczyłem więc na bardzo wiele. Przede wszystkim do tej pory jeździłem stacjonarnie – spaliśmy w jednym miejscu i z tego jednego punktu przemieszczaliśmy się tak, aby w promieniu 50 km mieć szansę zrobić jak najlepsze zdjęcia.

W tym roku zaplanowałem ten wyjazd nieco inaczej. Przede wszystkim był to wypad bardzo krótki. Mieliśmy do dyspozycji tylko 6 dni, ale za to bardzo intensywnych. Nie było więc możliwości na ewentualne oczekiwanie na okna pogodowe, na dziury w chmurach, czy przekładanie planów na później. Nie było takiej szansy, musieliśmy skupić się na tym co tu i teraz. Zakładałem codzienne długie marsze w terenie, aby wgryźć się w fiordy, odkryć nowe szlaki. Byłem przygotowany na 1-2 noce w namiocie, co pozwoliłoby nie tylko obejrzeć zachód słońca, ale również wschód w pięknych, mało oczywistych lokalizacjach, mało lub w ogóle nie obfotografowanych. Nocą zaś byłby czas na zorzę. Miałem opracowane punkty docelowe, przemarsze, szlaki, zaplanowane kadry. Cała nasza ekipa aż paliła się do działania.

 
 
Cała nasza ekipa aż paliła się do działania!
 

Ogólnie wyjazd wydawał się dopięty na ostatni guzik. W ogóle nie dopuszczałem myśli, że coś może nie wyjść. Owszem, wiedziałem, że pogoda w tym roku jest wyjątkowo kapryśna. Nasz przyjaciel, który mieszka od kilkunastu lat w tych okolicach, donosił o bardzo trudnych warunkach drogowych, niezwykle obfitych opadach śniegu, przypadkach ewakuacji mieszkańców z powodu zagrożenia lawinowego. Ale to wszystko działo się w lutym. My jedziemy po przygodę i nic nas nie zatrzyma! Przecież jest już połowa marca.

Jak pewnie się domyślacie, nie wszystko poszło zgodnie z założeniami. Cóż, życie lubi płatać figle. Oczywiście przy takich wyjazdach zawsze jest czynnik ryzyka. Szczególnie przy plenerowych wypadach fotograficznych występuje element przypadkowości i trzeba liczyć się z tym, że dostaniemy od natury tylko tyle, ile w danym momencie zechce nam pokazać. Ale w najczarniejszych scenariuszach nie przewidywałem, tego co nas spotkało. Że w zasadzie przez cały okres naszego wyjazdu nie będzie zachodów słońca, nie będzie wschodów słońca, a zorza nie pojawi się nawet na chwilę…

 
Niestety wschody Słońca wyglądały tak codziennie.
 

I co? Po ogromnej pracy poświęconej na przygotowania, ambitnym planowaniu i ogromnych oczekiwaniach następuje rozczarowanie. Wyjazd nieudany, prawda? Fotograficzny dramat! Tak mi się przez chwilę wydawało i byłem naprawdę zły. Mądre głowy w takich razach mówią – „musisz wykorzystać to co dostajesz. Nawet w najtrudniejszych warunkach wykonasz świetną fotografię”. Oczywiście w pewnym stopniu zgadzam się z tymi opiniami. Trzeba starać się niepowodzenie przekuć w sukces. Mam jednak wrażenie, że zbyt często rady te, pochodzą od osób zajmujących się fotografowaniem, hmm teoretycznym. Z fotela w ciepłym mieszkaniu. Co tu dużo mówić, plan wyprawy się nie udał i było to bardzo przykre doświadczenie.

Przez większość wyjazdu nękały nas olbrzymie opady śniegu, zadymki, bardzo silny wiatr, który nie pozwalał na wyjście w góry z powodu najwyższego stopnia zagrożenia lawinowego. Robiliśmy próby wejścia, ale ani razu nie udało nam się dotrzeć do miejsca docelowego, a po obsunięciu się o kilkanaście metrów jednego z kolegów, zaprzestaliśmy dalszych prób. Jak już pisałem – mamy do kogo wracać. Poza tym potworny wiatr i ciągłe zadymki skutecznie uniemożliwiały fotografowanie.

Wnioski

Morał z tej opowieści jest taki, że mimo doświadczenia, posiadania dobrego planu i chęci musimy się liczyć z porażką. Niemożliwością zrealizowania założeń wyprawy. W żadnym razie nie przekreśla to szans przywiezienia dobrych lub bardzo dobrych fotografii. Nawet w bardzo trudnych warunkach, a może dzięki nim mogą powstać piękne, minimalistyczne krajobrazy i inne zdjęcia natury. Wydaje mi się, że kilka takich ujęć udało mi się wykonać. Niedosyt mam z tego powodu, że liczyłem na jedno, a przywiozłem zupełnie coś innego. W pewnym sensie podczas marcowej wyprawy byliśmy skazani na odwiedzanie lokalizacji, w których wielokrotnie byliśmy i które dobrze znaliśmy. Co z drugiej strony dawało komfort fotografowania nawet w trudnych warunkach. Mogliśmy sobie pozwolić na eksperymentowanie i zabawę.

 
Belly_Button_of_the_World
Belly Button of the World
Fujifilm GFX50R, 120 sek., f/8, ISO100, 23 mm, filtr polaryzacyjny, filtr Lee Big Stopper, statyw. Panorama pionowa z trzech kadrów.
 

Natomiast nie mieliśmy szans na odkrywanie nowych kadrów, poznanie nowych szlaków. Pod tym względem był to spory zawód. Czy jest to nauczka na przyszłość? Na pewno jest to nauka. Być może warto mieć plan alternatywny, który podczas niesprzyjających warunków pogodowych ułatwi nam, albo nawet dzięki tym przeciwnościom umożliwi, wykonanie fantastycznych kadrów. Czego życzę nam wszystkim!

A Wy? Może również przeżyliście spektakularne fotograficzne porażki, które staraliście się przekuć w coś wartościowego? Może Wasze spostrzeżenia pomogą innym w przygotowaniu wymarzonej wyprawy? Zapraszam do dyskusji.

 
The_Last_Sunray
The Last Sunray
Fujifilm GFX50R, ⅓ sek., f/8, ISO50, 23 mm, filtr polaryzacyjny, filtr szara połówka 0.9 soft, statyw. Panorama pionowa z trzech kadrów.
Nie przegap nowych wpisów na BLOGU!